Latający Dyrygent i 100 latających muzyków

W rozmowie z dyrygentem Narodowej Orkiestry Dętej Mariuszem Dziubkiem – Stanisław Halkiewicz.

 

R: Dzień Dobry! Dzisiaj będziemy rozmawiać z Mariuszem Dziubkiem – wyśmienitym muzykiem i znawcą orkiestr dętych. Mimo niewątpliwej sławy w środowisku muzycznym, niektórzy z naszych czytelników mogą nie kojarzyć Pańskiej postaci. Mógłby Pan w kilku słowach opisać, czym się zajmuje na co dzień i jaki jest Pana związek z orkiestrami dętymi?

M.D: Kiedy byłem małym chłopcem rozpocząłem naukę gry na akordeonie. Co ciekawe – to również jest instrument dęty. Następnie zdałem egzaminy do Wojskowego Liceum Muzycznego w Gdańsku. To była już szkoła – obecnie już nie istnieje. W jednym budynku szkolili chorążych – przyszłych muzyków orkiestr wojskowych, ale też i żołnierzy. Z drugiej strony szkoła ta dawała dyplom ukończenia szkoły muzycznej II stopnia, a z jeszcze z innej – możliwość zdania matury, czyli ukończenia szkoły ogólnokształcącej. I właśnie te trzy szkoły to była piękna, ale też i trudna przygoda. Szczególnie, że poszedłem, za zgodą rodziców, do liceum rok wcześniej, czyli jako czternastolatek. 200 kilometrów od domu byłem już zakoszarowany i w mundurze musiałem pobierać naukę. Nawet nie tyle musiałem, co chciałem. Połączenie muzyki, nauki, orkiestry marszowej, wojskowego wychowania – podobało mi się to. W liceum zostałem już tamburmajorem orkiestry szkolnej, interesowałem się aranżacją. Później po szkole średniej rozpocząłem służbę w Orkiestrze Reprezentacyjnej Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu i równolegle, jako pierwszy z żołnierzy, muszę się pochwalić, zdałem na studia dzienne na Uniwersytet Muzyczny, wówczas Akademię Muzyczną im. Fryderyka Chopina – na dyrygenturę symfoniczno-operową. Był to nie tylko mój indywidualny sukces, ale też sukces środowiska wojskowego, które przebiło się przez gąszcz egzaminów i trudności, wtedy uważanych za niemożliwe do przejścia dla instrumentalisty, czy też po prostu muzyka z wykształceniem wojskowym. Był to swojego rodzaju kamień milowy w mojej karierze. Po ukończeniu studiów zostałem mianowany kapelmistrzem – dowódcą, wspomnianej orkiestry we Wrocławiu, która później została przemianowana na Orkiestrę Reprezentacyjną Wojsk Lądowych. To była moja kariera wojskowa. Jak niektórzy wiedzą, moja kariera pozawojskowa to prowadzenie różnego rodzaju zespołów instrumentów dętych. Od czternastego roku życia, wtedy jeszcze w orkiestrze szkolnej, w której aranżowałem, grałem i dyrygowałem, spędzałem praktycznie cały swój czas z orkiestrami dętymi. Można się domyślić, że wiem więc o orkiestrze dużo. Nie powiem, że wszystko, bo człowiek uczy się przez całe życie, ale przeszedłem chyba wszystkie możliwe szczeble w karierze orkiestry wojskowej. Od muzyka puzonisty, a nawet perkusisty. Pamiętam bowiem, jak pewnego razu ówczesny dyrygent kazał mi pod nieobecność naszego muzyka stanąć za orkiestrowymi kotłami. Piękne przeżycie! Kolejnymi szczeblami było prowadzenie orkiestry w marszu, czyli tamburmajor, później dyrygent, aranżer, instrumentator, kompozytor. Brakuje chyba w tym wszystkim funkcji mażoretki (śmieje się). Czuję się specjalistą dziedzinie orkiestr dętych, ale jeszcze bardziej fascynatem. Z tej fascynacji właśnie zrodził się projekt pozagodzinowy, hobbystyczny, który przerodził się w band, łączący muzykę dętą, autorskie aranżacje z występami komercyjnymi, ale nie tylko. Jednym słowem – Dziubek Band! To festiwale, koncerty, eventy.

R: Byliście nawet w Mam Talent! Co więcej – zrobiliście prześwietne wrażenie na publiczności, jury, a nagrania z Waszego występu mają ogromne zasięgi w serwisach społecznościowych! Zapis z wykonu medleyu utworów Michaela Jacksona ma ponad pół miliona odtworzeń na YouTube! Flashmob, w którym braliście udział podchodzi pod 1,5 miliona, a i Wasze autorskie nagrania liczą sobie setki tysięcy!

M.D: Zdarzyło nam się również wziąć udział w Must Be The Music i wystąpić gościnnie w Jaka To Melodia. To właśnie w TV zostałem okrzyknięty „dyrygentem z ADHD” (śmieje się).

R: Jednak Pana kariera nie stanęła na Dziubek Bandzie, prawda?

M.D: Cały czas praca w orkiestrach wojskowych. Pod koniec wojskowej kariery miałem zaszczyt prowadzić Reprezentacyjny Zespół Artystyczny Wojska Polskiego w Warszawie, gdzie w stopniu podpułkownika prowadziłem koncerty między innymi Orkiestry Koncertowej Wojska Polskiego. Karierę wojskową zakończyłem jednak z bardzo ważnego powodu. Jakiego? Powstała bowiem pierwsza w Polsce w pełni profesjonalna dęta Filharmonia. Widzę tutaj potężny impuls dla wszystkich orkiestr i środowiska dęciaków, a przede wszystkim też decydentów, którzy mają wpływ finansowy, organizacyjny, logistyczny i muzyczny. Wpływ na to, aby te dęciaki aktywować w profesjonalne zespoły, tworząc instytucje artystyczne w myśl ustawy o prowadzeniu działalności kulturalnej. Właśnie taką pierwszą instytucją artystyczną działającą jak filharmonia jest Narodowa Orkiestra Dęta, która powstała w Lubinie. By takie coś zadziałało potrzebny jest nie tylko profesjonalista od orkiestr dętych, mówiąc bez fałszywej skromności, ale też, może nawet i przede wszystkim, odważne władze lokalne, które znajdą nie tylko środki, ale i ogromne pokłady odwagi i dalekowzrocznego myślenia potrzebnego do realizacji tak innowacyjnego i odważnego pomysłu. Pomysłu też, to trzeba powiedzieć, nietaniego. Koszty łamania stereotypów z reguły są wysokie. Dlatego też czuję wielki podziw dla prezydenta Lubina, Rady Miejskiej w Lubinie i wszystkich innych przychylnych tej inwestycji osób. Inwestycji w polską kulturę. Ja oczywiście, jako osoba powołana na funkcję dyrygenta, ale też dyrektora tego przedsięwzięcia, czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność za budowanie jakości muzycznej, wykonawczej, programowej i merytorycznej tej orkiestry, ale bez wsparcia finansowego taki projekt nie miałby szansy wybrzmieć chociażby przez chwilę.

R: Jestem pewny, że władze Lubina nie żałują swoich decyzji i przeznaczonych środków, bo z tego, co miałem przyjemność osobiście usłyszeć, to był to strzał w dziesiątkę. Występy robią ogromne wrażenie, instrumenty zwalają z nóg swoim potężnym brzmieniem, a niepowtarzalne ruchy „latającego dyrygenta” nadają koncertom niepowtarzalnego charakteru. I rzeczywiście – wychodzą naprzeciw stereotypom o zespołach dętych.

M.D: Strzałem w dziesiątkę, jak to ładnie ująłeś, jest Narodowa Orkiestra dęta. Jest nią również każda inwestycja w zespoły artystyczne, młode talenty czyli młodą i żywą kulturę. Jako przykład można podać waszą gminę, gminę Mykanów, jej władze samorządowe i całe otoczenie administracyjno-inwestycyjne, które wspiera Waszą orkiestrę. Brawa dla nich!

R: Poprzez inwestycje płynnie przeszliśmy do kolejnego tematu, jakim jest zbliżający się wielkimi krokami koncert, ale też wszystkie warsztaty, rozmowy i przygotowania, które zostały poczynione w ramach inwestycji nazwanej „Setka najbardziej aktywnej młodzieży. Pracowita, grająca na dęciakach i chcąca się rozwijać. Chcesz zagrać w takiej orkiestrze?”. Po przeczytaniu takiego tytułu niewątpliwie można poczuć się zaintrygowanym, zaciekawionym… Jakie pierwsze odczucia miał Pan, będąc świadomym znaczącej, wręcz kluczowej, roli, jaką odegra Pan w nadchodzącym wydarzeniu? Co Pan pomyślał, gdy pierwszy raz usłyszał Pan o tej idei? Szalona, niemożliwa, zbyt ekstrawagancka?

M.D: Szalona. To słowo będzie chyba najlepiej opisywać moje odczucia. Ja lubię projekty, które starają się przetrzeć nowe szlaki, wyłamywać się ze schematu, o których można powiedzieć „Moi drodzy, tego jeszcze nie było!”. Tak możemy zdefiniować pomysł gminy Mykanów i kapelmistrza Krzysztofa Witczaka. Tą ideą napełniałem się od miesięcy, a wczoraj, podczas rozmowy z Krzysztofem, stwierdziliśmy, że tak naprawdę iskierka tego przedsięwzięcia siedziała w naszych głowach od lat. O tym mówimy, wskazujemy na potrzeby środowiska lokalnego, na muzykę, w wykonaniu młodzieży szkolnej, licealnej, studentów – czyli ludzi bardzo młodych, wypełnionych niesamowitą energią i ogromną pasją do muzyki dętej, do blaszanych brzmień. Przecież nawet jak o tym mówimy na sucho – to już brzmi pasjonująco, a co dopiero, jak dojdziemy do momentu koncertowego, że te miesiące starań, a tak naprawdę lata, bo orkiestry budują swój poziom nie tylko podczas tych kilku sesji warsztatowych, osiągną swoją kulminację 12 września, gdy zaprezentujemy się wszyscy w całej krasie przed, jak mam nadzieję, ogromem doborowej publiczności. Wiemy doskonale, że na zachodzie orkiestry dęte to świetnie działająca machina pozarządowa, która skupia dzieci młodzież, rodziców; posiadająca własne, sprawnie działające finansowanie i wszechstronne wsparcie. Chciałoby się powiedzieć, że w Polsce dopiero do takiego poziomu dochodzimy. Mykanów jest takiego stwierdzenia idealnym kontrprzykładem. Działa tutaj bardzo liczna orkiestra, działa instytucja, stowarzyszenie; obecne jest wsparcie gminy, rodziców i środowiska lokalnego, ale, co jest nieprzecenionym atutem, działa też dyrygent, któremu, krótko mówiąc, się chce. Chce się działać, przełamywać stereotypy, starać o nowe środki pieniężne i organizacyjne, dzięki którym mogą odbyć się warsztaty i zbliżający koncert. Niezmiernie się cieszę, że spotkał mnie na swojej drodze, że rozumie moją filozofię, moje podejście do orkiestr dętych i pragnienie rozwoju tych zespołów. To wielka radość, że razem, wspólnymi siłami, możemy dokonać czegoś tak nowatorskiego – dlatego też pomysł „szalony”.

R: Jesteśmy już po pierwszych warsztatach, po kilkunastu godzinach prób podczas których pracowaliśmy nad koncertowym materiałem. Miał Pan styczność z grupą wykonawczą, słyszał Pan pierwsze brzmienia. Czy Pana ocena co do realności tej inicjatywy w jakiś sposób się zmieniły? Jakie są Pańskie odczucia po tym czasie?

M.D: Co do nie tylko słuszności, ale też jakości tego koncertu byłem przekonany już na etapie planowania dokumentacji. W końcu przyjąłem zaproszenie do poprowadzenia tego widowiska, pozwoliłem na obrandowanie go moim nazwiskiem; zgodziłem się stanąć za dyrygenckim pulpitem, więc to już jest dowód na to, że ja w to wierzyłem od początku. To, co usłyszałem wczoraj i dzisiaj na próbie tylko potwierdziło moje myśli, moje plany, moją pewność. Mamy znakomitą młodzież – ambitną, która kipi energią i chęcią poznawania nowych rzeczy, nowych ludzi i nowych aranżacji. To wszystko wymaga ogromnego wysiłku, a mimo wszystko młodzież jest na ten wysiłek nie tylko gotowa, ale też chętna. Muzycy odznaczają się wewnętrzną dyscypliną i profesjonalnością w podejściu do prób. Dzisiaj natomiast usłyszałem, że to, co wczoraj sobie powiedzieliśmy, co wdrażaliśmy i ćwiczyliśmy, dzisiaj zabrzmiało w pełnej krasie. To jest dowód na to, że ta młodzież, która działa w amatorskim ruchu muzycznym prezentuje bardzo poważne podejście do tego, co robi. Jeśli taki postęp zrobiliśmy w jeden dzień, boję się myśleć, co będzie jutro (śmieje się).

R: Wydaje się, że jedyną możliwą przeszkodą jest obecna niepewność prawna. Nie możemy wiedzieć, czy przypadkiem na kilka dni przed koncertem nie wejdą nowe obostrzenia. Czy Pan osobiście ma jakieś obawy związane z tegoroczną sytuacją?

M.D: Powiem tak – sytuacja epidemiczna u nas wszystkich wywołuje raczej negatywne skojarzenia, myśli. Mamy zachowane tutaj wszelkie normy sanitarne, zachowane będą też one na koncercie – dozowniki z dezynfekcją, środki bezpieczeństwa, ale chciałbym, żeby to były jedyne ślady wirusa w naszym muzykowaniu. Żeby ten strach nie wpływał paraliżująco na wykonawców, nie zniechęcał ich do gry. Dlatego też staram się skupić na muzyce, a nie na wirusie. Nie chcę generować negatywnych emocji, muzyka ich nie lubi.

R: Czy oprócz obaw ma Pan jeszcze jakieś spostrzeżenia? Może co do naszej młodzieży?

M.D: Mają świadomość, jaki jest cel naszych spotkań. Są wakacje. Jesteśmy tutaj od śniadania do późnego wieczora z krótką przerwą na obiad, nie ma czasu na leżakowanie, cały czas trwają próby. To jest wielkie poświęcenie – ta młodzież wie, po co tu jest, jaki ma być efekt ich działań i do efektu tego skutecznie dąży. Składam z tego miejsca wielkie podziękowania wszystkim osobom muzycznie zaangażowanym w ten koncert, a właśnie szczególnie muzykom z różnych orkiestr dętych, którzy przyjechali tu się ze mną spotkać i przygotować się do tego wspaniałego koncertu, za który mocno trzymam kciuki! (chwila przerwy) Jeśli mogę wrócić na chwilę do obaw. Przypomniało mi się, czego naprawdę się boję, co może nam lekko pokrzyżować plany.

R: Brzmi groźnie. Może Pan zdradzić, co to takiego?

M.D: Pogoda (śmieje się).

R: (śmieje się) Rzeczywiście. Sam z resztą pamiętam, jak kilka lat temu mżawka przestraszyła słuchających naszego koncertu na placu Biegańskiego. Miejmy nadzieję jednak, że niebiosa będą po naszej stronie. A z resztą nawet, jakby nie były, to nic lepiej nie ogrzewa niż ciepłe brzmienie orkiestry dętej!

M.D: Dokładnie!

R: Mimo że ten temat już kilka razy przewijał się w naszym wywiadzie, to czy mógłby Pan doprecyzować. Jaka będzie Pańska rola w zbliżającym się koncercie?

M.D: Którym? Dwunastego? (śmieje się)

R: (śmieje się) Oto jak poznać naprawdę zapracowanego dyrygenta! Tak, tak, dwunastego.

M.D: Oczywiście, że doprecyzuję. Jestem twórcą aranżacji utworów, które będą grane. Przypadła mi również funkcja kierownika muzycznego, scalającego warstwę wokalno-instrumentalną oraz scenariuszową koncertu. Jednak przede wszystkim podczas tego wieczoru będę dyrygentem, prowadzącym tą stuosobową orkiestrę, którą przygotowuję podczas warsztatów.

R: Czy ma Pan na koniec kilka słów od siebie dla naszych czytelników?

M.D: Moi drodzy, muzyka to emocje. Muzyka, moim zdaniem, jest najpiękniejszą ze wszystkich sztuk. Tych pozytywnych odczuć i dźwięków otuchy nam w tym trudnym czasie najbardziej potrzeba. Zagramy dla Państwa z głębi naszych płuc i naszych serc! Życzymy Wam dobrych wibracji i wspaniałej energii! Niech niesie Was ona przez kolejne miesiące i dodaje Wam otuchy w tym trudnym okresie. Gorąco zachęcam wszystkich Państwa do pojawienia się 12 września o 19:00 na Targu „Słoneczny Rynek” w Mykanowie, gdzie specjalnie dla Was zabrzmią najpiękniejsze dźwięki, jakie można sobie wyobrazić – dźwięki orkiestr dętych.

R: Dziękuję za udzielenie wywiadu!

M.D: Dziękuję również! Widzimy się wszyscy 12 września!

Wywiad zebrany 11.08.2020 r.

 

fot. Tomasz Folta